Lokum Deadshota
Autor Wiadomość
 Deadshot


Informacje
Imię i nazwisko: Floyd Lawton
Pseudonim: Deadshot
Miasto: Star City
Wiek: 40
Frakcja: Villians
Multikonta: Damian Wayne
Karta Postaci: Klik
Relacje: Klik
Wysłany: 2018-04-15, 13:18   Lokum Deadshota


Niepozorny domek na przedmieściach Star City. Niegdyś była to baza operacyjna Legionu Samobójców. Miejsce to przestało być użyteczne po nieudanej misji owej drużyny, co zaowocowało zamknięciem go na cztery spusty na kolejnych kilka lat. Obecnie stanowi ono kryjówkę oraz tymczasowe lokum dla Deadshota, który postanowił z niego skorzystać z racji tego, że przestało już być pod obserwacją rządu.


[ Dodano: 2018-04-15, 18:26 ]
Podróż autem nie była szczególnie przyjemna. Najpierw musiał ominąć patrole policyjne, które krążyły w okolicy biurowca. Na szczęście nie okazało się to szczególnie trudne, ale nie miał czasu cieszyć się z tego faktu. Rwący ból, który promieniował z barku sam w sobie mocno utrudniał mu poruszanie się czy kierowanie, a trzeba było dodać do tego jeszcze strzałę, która utkwiła mu w ramieniu. Jak na razie ograniczył się do założenia prowizorycznego opatrunku. Nie był to pierwszy raz, gdy został ranny, ale wolał nie ryzykować uszkodzenia nerwów, tętnicy czy samej kości. Nie miał pewności, czy Arrow nie użył jakiegoś specjalnego drzewca, który miałby utrudnić mu życie. Nieszczególnie przekonywała go wizja wykrwawienia się za kierownicą starego grata, jakim się właśnie przemieszczał. Upływ krwi zrobił swoje, ale odpowiedni okład zahamował dalszy strumień krwi. Zdecydowanie nie czuł się w szczytowej formie, ale póki co dawał radę. Mroczki przed oczyma nie okazały się na tyle problematyczne, żeby musiał się zatrzymać, co definitywnie było mu na rękę. Im szybciej wróci do bazy tym lepiej dla niego. Potrzebował nastawić sobie rękę, a także zająć się tą cholerną strzałą. Plusem było to, że przynajmniej udało mu się uniknąć bliżej konfrontacji z mścicielem, a także, a przynajmniej taką miał nadzieję, rozpoznania. Niezależnie od wszystkiego musiał na jakiś czas usunąć się z widoku. Pomimo trudności wykonał zadanie, a więc zapłata mu się należała, a w tej sytuacji mogła okazać się bardzo pomocna. Jeśli zleceniodawca będzie miał zamiar marudzić przez wzgląd na to, że akcja wyszła głośniej, niźli sobie tego zamarzył Floyd miał zamiar pomóc mu w podjęciu właściwej decyzji. Pieniądze zdecydowanie mogły mu się bardzo niedługo przydać. Póki co jednak musiał się skupić na tym, żeby mieć okazję je w ogóle odebrać.
Podróż nie była szczególnie przyjemna, ale zakończyła się powodzeniem. Przynajmniej tyle dobrego. Wysiadłszy z auta lekko syknął z bólu, ale zaraz zacisnął zęby i ruszył ku drzwiom budynku. Skorzystał jednak z tylnego wejścia. Nawet, jeśli było ciemno to wolał uniknąć spojrzeń przechodniów. Co prawda nie miał zbyt wielu sąsiadów, ale, jak to się zwykło mówić, przezorny zawsze ubezpieczony.
Otworzywszy drzwi ruszył w stronę kuchni, mijając porozrzucane pudła. Mieszkał tutaj od kilku miesięcy, a wciąż nie pomyślał o sprzątaniu. Wszędzie walał się sprzęt, którego Waller nie uznała za użyteczny, a resztę miejsca zajmowały meble oraz to, co on sam tutaj przywiózł.
W tej chwili bardziej jednak interesował go jeden, konkretny pokój, w którym znajdowały się wszelkie rzeczy, których mógł potrzebować, żeby zająć się swoimi obrażeniami.
 
 
 Lisa Snart 
Good as gold


Informacje
Imię i nazwisko: Lisa Snart
Pseudonim: Golden Glider
Miasto: Central City
Wiek: 31
Frakcja: łotrzyki
Multikonta: Carol Ferris, Thea Queen, Mur, Huntress
Karta Postaci: Klik
Relacje: Klik
Wysłany: 2018-05-27, 23:13   

"Co ja tu robię?", pytała Lisa samą siebie, chodząc w tę i z powrotem po pomieszczeniu. W końcu przystanęła na dłużej, opierając się o ścianę tuż przy oknie i zerkając co chwila za nie. Westchnęła, krzyżując ramiona. Nie było łatwo dowiedzieć się o tym miejscu. Nie było też ono pierwszym, do którego udała się kobieta. Ostatnie dni spędziła na dyskretnym sprawdzaniu każdej kryjówki Floyda, o której tylko udało się jej dowiedzieć lub którą swego czasu mężczyzna się pochwalił. Dopiero w tej odkryła jakiekolwiek ślady świadczące o tym, że ktoś z niej korzysta. Lisa wciąż jednak nie miała pewności, czy był to konkretnie Floyd, a plotki, które ostatnimi czasy krążyły w kryminalnym podziemiu, nie napawały jej optymizmem. Mimo to ryzykowała, czekając na potencjalnego mieszkańca tego skromnego domku.
Wciąż jednak pozostawało pytanie – dlaczego? Po co tyle wysiłku, po co tyle kombinowania, po co tyle zachodu? Lisa nie należała do kobiet, które uganiają się za facetami. A teraz to już nawet nie było zwykłe uganianie się, a stalking! Gdyby jej brat się o tym dowiedział, pewnie wyśmiałby tego, kto przyniósłby mu tę wiadomość. Lisa zrobiłaby to samo… gdyby tylko nie miała świadomości, że to prawda. Póki Floyd nie zaginął, nie spodziewała się, że w ogóle mogłaby zachowywać się w taki sposób w jakiejkolwiek innej sytuacji, niż zniknięcie Leo. No, jeszcze o Micka by się martwiła, to na pewno, jednak ten także wpisywał się dla niej w definicję rodziny, czego nie można było przecież powiedzieć o Floydzie.
Floyd… po prostu nagle pojawił się w jej życiu. Pozwoliła mu zostać w nim na chwilę, a on się zadomowił i nim się obejrzała, stał się częścią codzienności Lisy. Nawet jeśli nie widywała się z nim codziennie, gdzieś tam był, pojawiał się w jej myślach, miała go na wyciągnięcie ręki. Gdy zaś się spotykali, było im ze sobą po prostu dobrze. Z początku ich znajomość polegała jedynie na wspólnych zleceniach i wzajemnej przyjemności w łóżku. Potem zaczęli coraz częściej rozmawiać, poznawać się, nie rezygnując jednak z innych aspektów tej znajomości. Nawet jeśli z każdym rokiem, z każdym miesiącem, z każdym spotkaniem stawali się sobie bliżsi, żadne się do tego nie przyznawało. To w końcu nie było w ich stylu, prawda? To było niebezpieczne. Niepotrzebne. Problematyczne. Nawet jeśli oboje gdzieś tam czuli, że ta relacja zaszła dużo dalej, niż kiedykolwiek by tego chcieli, nie przyznawali się do tego. Nawet przed sobą.
A potem Floyd zniknął.
Z początku Lisa przyjęła, że ten po prostu się ukrywa, jak już wiele razy to robił. Potem, nie dostając wciąż od niego żadnej wiadomości, starała się to ignorować. Ot, coś, co już dawno powinno się zakończyć, w końcu dobiegło kresu. Nie musiała się już martwić żadnymi konsekwencjami z tym związanymi. Mogła sobie oczywiście pozwolić na żal za dobrym kompanem i kochankiem, jednak na nic więcej. Tak to powinno wyglądać. Tak to zawsze wyglądało. ...ale tym razem nie potrafiła odpuścić. Po długiej walce w końcu musiała przyznać – zależy jej na nim. Nieważne, jakby zaprzeczała, było to coś poważniejszego niż romans i współpraca. Pogodzona z tym po części, ruszyła na poszukiwania, trzymając się nadziei, że mimo wszystko Floyd wcale nie zginął.
Teraz, gdy stała w kuchni jednej z jego kryjówek, na nowo naszły ją wątpliwości. Czy nie powinna jednak odpuścić, zamknąć ten rozdział? Jeśli Floyd faktycznie się tu ukrywa, jeśli tu przyjdzie… nie będzie już odwrotu. Pozostawała jej ta ostatnia szansa na zerwanie kontaktu. I choć zawsze starała się trzymać tych zasad, których nauczył ją brat… nie umiała zmusić się do wyjścia.
Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk kroków. Spięła się, gotowa do ewentualnej konfrontacji, choć na zewnątrz zdawała się oazą spokoju. Odwróciła się w stronę drzwi, uważnie się w nie wpatrując, a serce biło jej szybciej na myśl, kto je ostatecznie otworzy.
--------------------
 
 
 
 Deadshot


Informacje
Imię i nazwisko: Floyd Lawton
Pseudonim: Deadshot
Miasto: Star City
Wiek: 40
Frakcja: Villians
Multikonta: Damian Wayne
Karta Postaci: Klik
Relacje: Klik
Wysłany: 2018-05-29, 00:04   

Trudno było mu skupić myśli. Najpierw próbował raz jeszcze przeanalizować całość akcji, która miała miejsce w biurowcu Hayes Tech. Początek był idealny. Szybko pozbył się straży, a także upewnił się, że kamery zostały wyłączone. Problemy zaczęły się dopiero później, gdy pozwolił się przyłapać podczas wybijania dalszej ochrony. Wiedział jednak, że prawdziwą przyczyną komplikacji było okłamanie go przez zleceniodawcę. Nie uprzedził go, że cel może spodziewać się ruchu tego pokroju. Nim postanowił skorzystać z usług zabójcy zdążył spróbować czegoś podobnego, to było bardziej niż pewne. Tak duża liczba strażników dobitnie o tym świadczyła.
Gdyby tego było mało na miejscu pojawił się także Arrow, co było przysłowiowym gwoździem do trumny. Tak przynajmniej sobie wmawiał. Gdzieś głęboko w środku wiedział jednak, że co innego było prawdziwym powodem tego, jak to wszystko się skończyło. Wybity bark, strzała w przedramieniu, samo to, że pozwolił się zaskoczyć, najpierw przez ochronę, a później przez łucznika.
Lisa Snart. Do tej pory skutecznie unikał tego tematu. W końcu to była tylko nieobowiązująca znajomość. Może i trwała już od kilku lat, ale przecież takie rzeczy się zdarzały. Nawet jemu. Po prostu potrafili dać sobie nawzajem ukojenie. Zarówno to fizyczne jak i psychiczne. To była korzystna umowa, tylko głupiec by z niej nie skorzystał. Zdecydowanie nie było to nic więcej. Tak przynajmniej sobie wmawiał przez te wszystkie lata. Zresztą, kto wie. Początkowo może nawet faktycznie tak było. Nie dało się jednak ukryć, że zbliżyli się do siebie znacznie bardziej, niż powinni. Wiedzieli, jak szkodliwe mogą być takie relacje, ale i tak wpakowali się w jedną z nich. Tę najgorszą z możliwych.
Dzisiejszego wieczoru zobaczył, na jak wiele spraw był głuchy. Rosnące wyrzuty sumienia z racji tego, że nie poinformował jej o swoim położeniu. To właśnie one były powodem niepokoju, który owocował koszmarami, w których powracał do scen z dzieciństwa. Po raz pierwszy od wielu lat odczuwał poczucie winy. Wciąż jednak się nie poddawał, próbował wyzbyć tych myśli. Miłość. Doświadczony utratą jak i zdradą najbliższych mu osób przez tyle lat jej unikał, ale w końcu zjawiła się ona i tak po prostu zajęła stałe miejsce w jego życiu. Starał się przekonać samego siebie, że to jedynie majaki, które wywoływał stres i utrata krwi, ale twarz kobiety, która co jakiś czas powracała do niego w myślach utrudniała tego typu działania.
Mimo wszystko starał się zachować chociaż te nędzne resztki logicznego myślenia. Teraz musiał zająć się swoim obrażeniami, a później odebrać zapłatę z bonusem. Będzie nim większa suma albo głowa zleceniodawcy. Nie grało to szczególnej roli. Był przekonany, że i na niego znajdzie się zlecenie. Gdy załatwi już kwestie finansowe będzie musiał zaszyć się na jakiś czas. Arrow mógł go mimo wszystko rozpoznać, a jeśli wspomniałby o tym Waller bardzo szybko stałby się ściganą zwierzyną. To, że przy okazji mógłby odszukać Lisę starał się pozycjonować obok, ale
mimowolnie wbijała się na pierwsze miejsce. Może naprawdę musiał się z tym pogodzić. Pozostawało jednak pytanie. Jakim cudem cokolwiek potrafiło tak bardzo rozchwiać jego psychikę? Ostatnim razem czuł się tak, gdy stracił dziecko. Nie powiedział tego na głos, ale gdzieś wewnątrz znał odpowiedź. Uczucia, cholerna miłość lub coś podobnego do tego. Właśnie to łączyło Eddiego z kobietą. Powodowało to w nim złość i lęk. To pierwsze tyczyło się jego samego. Pozwolił sobie na największą z możliwych słabości, której obiecał się nigdy więcej nie doświadczyć. Lęk z kolei powiązany był z panną Snart. Gdzie teraz się znajdowała, czy była cała? Czy w ogóle zechce z nim porozmawiać po tej ciszy? Co, jeśli ona traktowała go przedmiotowo? Tak, jak on sam do tej pory sobie wmawiał, że ją traktował. Wszystkie te myśli sprawiły, że dopiero po dobrej chwili zorientował się, że w kuchni nie było tak, jak być powinno. Ktoś tu był i patrzył na niego zna przeciwka, stojąc przy oknie. Odruchowo wycelował w intruza z broni ulokowanej na nadgarstku nieuszkodzonej ręki, ale nim nacisnął spust dostrzegł twarz, a uniesione ramię samo opadło do wcześniejszej pozycji.
- L... Li... Lisa? - rzucił w końcu, urywanym głosem. Szok, niedowierzanie, zdumienie. Czy ona naprawdę stała tuż przed nim? Chciał jej dotknąć, sprawdzić, czy nie jest iluzją, którą wywołały szalejące w nim emocje. Nie potrafił. Jedyne, do czego był teraz zdolny to patrzenie na nią w pełnym zdumienia osłupieniu.
 
 
 Lisa Snart 
Good as gold


Informacje
Imię i nazwisko: Lisa Snart
Pseudonim: Golden Glider
Miasto: Central City
Wiek: 31
Frakcja: łotrzyki
Multikonta: Carol Ferris, Thea Queen, Mur, Huntress
Karta Postaci: Klik
Relacje: Klik
Wysłany: 2018-06-24, 16:10   

Gdy przez próg przeszedł jednak Floyd, nie nikt inny, nie jakiś pijak, podrzędny złodziej, wynajęty zabójca, węszący glina, a właśnie Floyd, dokładnie ten, na którego czekała, poczuła falę sprzecznych ze sobą uczuć, która nagle ją zalała. W pierwszej chwili ją samą zamurowało i nie była w stanie ani nic powiedzieć, ani zrobić. Choć jeszcze przed chwilą układała w głowie tysiące scenariuszy, przygotowując się na każdy możliwy, tak nagle zupełnie nie wiedziała, jak zareagować.
A przecież tak na to czekała.
Pierwszym, co do niej dotarło, było to, że Floyd żyje. Mimo roznoszących się ostatnio plotek, braku odzewu od niego i wszystkiego, co wskazywało, że w końcu ktoś dopadł Lawtona, ten stał teraz tutaj, przed nią, żywy, cały, choć… wyraźnie poturbowany. Trudno jednak było zwrócić większą uwagę na ewentualne rany, kiedy zakładało się, że zainteresowany wącha już kwiatki od spodu. Nagle każda opcja, która zakładała, że wciąż oddycha, wydawała się w porządku, nawet jeśli oznaczała, że mężczyzna krwawi, chwieje się i ledwo stoi na nogach.
Lisa już zrobiła krok w jego stronę, już miała coś powiedzieć, czując, jak pierwszy szok powoli ją opuszcza i powraca zdolność jakiejkolwiek reakcji, gdy uświadomiła sobie kolejną rzecz. Tak, Floyd żył. Żył więc nie tylko teraz, ale także przez te wszystkie ostatnie tygodnie, kiedy nie miała od niego nawet najmniejszej informacji. Żył, kiedy zaczęła się martwić. Żył, kiedy zaczęła go szukać. Żył też, gdy pełna nerwów czekała na niego w tym domu.
A ona o niczym nie wiedziała.
Może to był przejaw pewnego rodzaju arogancji czy próżności, jednak odruchowo zakładała, że jeśli Floyd kiedykolwiek próbowałby na chwilę schować się przed światem, udając własną śmierć, to jednak ona należałaby do tego grona osób, które znałyby prawdę. Nawet jeśli przez te wszystkie lata udawali, że nie było między nimi żadnych uczuć, to pewne rzeczy, przynajmniej ostatnio, były oczywiste, choć nigdy niewypowiedziane. Między innymi to, że było między nimi coś, co przecież trzymało ich razem cały ten czas, czego nie dało się zignorować i co było powodem, że niezmiennie spotykali się po raz kolejny i kolejny.
A on i tak ją porzucił.
Jak inaczej mogła to nazwać? Skoro żył, a nie było od niego żadnego odzewu, znaczy… że nie chciał się odezwać. Przez chwilę w głowie Lisy pojawiła się myśl, że może chciał odciąć się od tego, co dla obojga zaczynało być poważnym problemem, słabością, na którą nie powinni sobie pozwolić w swoich sytuacjach, jednak nie zagłuszało to poczucia bycia odrzuconą.
Metry, które ich dzieliły, pokonała szybkim, stanowczym krokiem. Nie po to, by pokazać mu, jak się cieszy, że ten żyje. Nie po to, by wyjaśnić sytuację.
Dała mu w twarz.
Najzwyczajniej w świecie zdzieliła go z otwartej dłoni, wkładając w to całą siłę, jaka znajdowała się w jej, mimo wszystko, drobnym ciele. Nie odezwała się przy tym nawet słowem, ignorując również pieczenie skóry po uderzeniu.
--------------------
 
 
 
 Deadshot


Informacje
Imię i nazwisko: Floyd Lawton
Pseudonim: Deadshot
Miasto: Star City
Wiek: 40
Frakcja: Villians
Multikonta: Damian Wayne
Karta Postaci: Klik
Relacje: Klik
Wysłany: 2018-06-28, 03:44   

Lawton próbował przełamać niemoc, która zawładnęła zarówno jego ciałem jak i umysłem, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Jedyne, do czego był zdolny to jedno słowo, jej imię. Zaraz po tym usta mu się zamknęły, a on sam po prostu patrzył na nią z mieszanką szoku i zdumienia wymalowaną na twarzy. Nie był pewny, która myśl przerażała go bardziej. To, że Lisa faktycznie stała tuż przed nim czy to, że mogła to być jedynie iluzja wytworzona przez jego nadwyrężone ciało oraz umysł. Gdyby tego było mało przed oczyma uderzyły go jeszcze wszelkie wahania, które odczuwał względem kobiety. Najgorsza była wizja, w której leżała martwa niczym jego dziecko. Jak mógł tak bardzo zawieść Eddiego. Był mały i bezbronny. Lawton powinien się nim zająć, ale tak bardzo go zawiódł. łzy, które nie zdążyły jeszcze wyschnąć na jego policzkach, a także przerażenie wymalowane na twarzy. Nawet brutalne morderstwo, a właściwie zarżnięcie oprawcy nie przyniosło mu spokoju ducha. Właśnie wtedy poczuł się zupełnie tak jak w dniu, w którym chybionym pociskiem zabił własnego brata. Dzisiejszej nocy było tak samo. Czuł się tak bardzo zagubiony we własnym umyśle. Wszelkie resztki racjonalnego myślenia zdążyły już zniknąć, gdy nagle ktoś postanowił go ocalić.
Najpierw poczuł dźwięk, trzaśnięcie. Po chwili poczuł także pieczenie, co mocno go zdziwiło. Następnie zorientował się też, że kobieta nagle znalazła się tuż przed nim. Zajęło mu to chwilę, ale w końcu połączył fakty i zrozumiał, co tu się działo.
Dała mu w twarz.
Nie to było jednak najważniejsze. Tym, co przykuło jego uwagę był pulsujący ból, który nie znikał. To mogło oznaczać tylko jedno. Nie śnił. Wciąż był przytomny, a ona naprawdę się tutaj znajdowała. Nie obchodziło go, jak się tutaj znalazła. Miał gdzieś, czy ktoś ją śledził. Batman, Waller czy jakikolwiek inny człowiek. Każde z nich zabiłby bez chwili zawahania, byle tylko nie weszli im teraz w drogę. Kobieta, do której czuł znacznie więcej, niż chciał się przyznać, znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Starczyło tylko wyciągnąć dłoń, a mógłby poczuć ciepło jej ciała. Chciał to nawet zrobić, ale zatrzymał palce w połowie drogi.
W końcu złapał go strach, ale pragnienie doświadczenia jej bliskości było zbyt silne. Chociaż ten jeden raz zachował się tak, jak powinien był już kilka lat temu.
Z lekkim wahaniem raz jeszcze wyciągnął swoje ramię i (o ile nie wykręciła mu ręki) pogłaskał ją lekko po policzku. Wolno i niezwykle czule, delektując się każdą sekundą. Zdecydowanie czuł ciepło jej ciała na swoich palcach. Ona naprawdę tutaj była! Teraz! Dokładnie w tym momencie!
Wciąż bał się tego, co miało stać się dalej. Nawet nie wiedział, czy zechce z nim porozmawiać. Musiał jednak zaryzykować. Jego umysł wręcz krzyczał, że nie powinien tego robić, ale całym sercem chciał jej wyznać swoje uczucia.
- Lis... Ja... ja... Tak bardzo tęskniłem. Byłem skończonym idiotą myśląc, że mogę... - mówił szybko, czując, jak serce momentalnie mu przyśpiesza. Niestety, nim zdążył dokończyć zdanie, wyjawić jej, zależy mu na niej bardziej niż jakiejkolwiek innej kobiecie do tej pory, świat stał się dziwnie niewyraźny. Lekko się zachwiał, ale, nie znalazłszy podpory runął w prawo, próbując ratować się poranioną ręką, co skończyło się głośnym syknięciem pełnym bólu. Strzała zahaczyła o szafkę i gwałtownie się poruszyła, co wywołało nowy krwotok z rany.
Nie zwrócił na to jednak nawet najmniejszej uwagi. Jego wzrok, pełen zagubienia, strachu i bólu skupiał się na kobiecie. Było w tym jednak także coś nowego. Rozczulenie i ciepło, które wprost biło z jego oczu, jak gdyby próbowało wykrzyczeć to, czego nie zdążył chwilę temu powiedzieć. Jak więc się okazało, jego stan miał jeden, wielki plus. Przestał rozważać, jakie skutki mogą ponieść za sobą jego decyzje. Kobieta uzna go za kretyna, słabego idiotę, niegodnego jej uwagi? Potrafił to znieść. Po prostu musiał wiedzieć, czy miał jakąkolwiek szansę na odwzajemnienie tego szaleństwa, które zrodziło się w jego głowie, a o którym dowiedział się tak niedawno.
Właśnie dlatego, nie czekając długo, zaczął się z trudem podnosić, aby raz jeszcze spojrzeć jej prosto w oczy. Spróbować dokończyć to, czego przed chwilą nie był w stanie. W końcu jeśli nie teraz to kiedy?
 
 
 Lisa Snart 
Good as gold


Informacje
Imię i nazwisko: Lisa Snart
Pseudonim: Golden Glider
Miasto: Central City
Wiek: 31
Frakcja: łotrzyki
Multikonta: Carol Ferris, Thea Queen, Mur, Huntress
Karta Postaci: Klik
Relacje: Klik
Wysłany: 2018-07-10, 01:44   

Uderzyła go, bo chciała dać upust swojej złości. Była wściekła, że próbował ją zostawić. Była wściekła, że nie dał jej znaku życia. Była wściekła, że myślał o tym samym, o czym i ona sama przecież myślała. Chciała mu nawet to powiedzieć, wykrzyczeć w twarz, wyrzucić z siebie cały gniew i strach z ostatnich tygodni, ale… ale zaraz po uderzeniu zrozumiała, że tak naprawdę nie tego teraz potrzebowała i nie to chciała teraz zrobić. Wystarczyło, że natknęła się na jego spojrzenie, że zauważyła jego dłoń wyciągniętą w jej stronę. Słowa uwięzły w gardle, złość przestała na chwilę mieć znaczenie i na nowo zawładnęła nią tylko jedna myśl.
On żyje.
Zadrżała, czując jego dotyk. Szorstki, ale ciepły, delikatny, czuły. Czy tak traktowałby ją mężczyzna, który nie chciał już jej w swoim życiu? A może to miało być pożegnanie? Pytania kotłowały się w głowie Lisy, a ta nie potrafiła się zdecydować na to, co powiedzieć, a tym bardziej – co zrobić. Chciała wyciągnąć swoją dłoń, chwycić nią jego, ale zawahała się, ciało przestało się jej słuchać. Stała jak sparaliżowana, niczym on przed chwilą, jakby czekając na rozwój wydarzeń.
Gdy Floyd w końcu się odezwał, coś ścisnęło jej serce. To nie było pożegnanie, teraz już to wiedziała. I wyglądało na to, że nie tylko ona ostatnimi czasy podjęła decyzję co do ich relacji, chociaż… tego nie mogła być jeszcze do końca pewna. Wyglądało jednak na to, że mężczyzna właśnie miał zamiar rozwiać jej wątpliwości. ...a raczej zrobiłby to, gdyby nagle nie upadł z braku sił.
Nagle Lisa całkiem otrzeźwiała i wyklęła siebie samą w myślach. Zaraz rzuciła się w stronę Floyda, by go przytrzymać, jednak choć po części się jej to udało, to i tak oboje wylądowali na ziemi. Mimo wszystko utrzymanie dorosłego, słaniającego się na nogach mężczyzny nie jest prostym zadaniem dla dość drobnej kobiety. Była silna, jak na swoją posturę, to prawda, ale nie aż tak. Jej pomoc na szczęście nie okazała się całkiem bezużyteczna, bo przynajmniej była w stanie zamortyzować upadek Floyda i położyć go względnie bezpiecznie na podłodze. Nachyliła się też nad nim, przebiegając wzrokiem po wszystkich jego ranach i oceniając stan, w jakim był. Jeszcze chwilę temu cieszyła się, że ten żyje, teraz zaś uświadamiała sobie, jak blisko jest śmierci. Lisa znów poczuła budzącą się w niej wściekłość, jednak tym razem miała ona zupełnie inny powód – była wściekła na samą siebie. Że przez swoją głupotę, upór i dumę naraziła życie kogoś, kogo… kochała.
Nie waż… nie waż się umierać, rozumiesz? — Chciała, by jej głos zabrzmiał pewnie i stanowczo, jednak mimowolnie zadrżał odrobinę, podczas gdy kobieta zaczęła się rozglądać za jakąkolwiek pomocą medyczną. Skoro Floyd w tym stanie przyszedł tutaj, znaczyło to, że w tym pomieszczeniu musiała znajdować się apteczka lub coś w tym rodzaju. Lisa wstała więc szybko i zaczęła nerwowo przeszukiwać szafki, co rusz zerkając w stronę mężczyzny.
Nie myśl, że zapomnę, że mnie tak zostawiłeś! I że ci odpuszczę, co chciałeś powiedzieć! Ale na razie nic o tym nie myśl i po prostu nie zasypiaj. — Gdy w końcu dorwała się do medykamentów, wróciła zaraz do niego. Mówiła wszystko, cokolwiek tylko ślina przyniosła jej na język, byle tylko skupić na sobie uwagę mężczyzny. Zajęła się od razu opatrywaniem, zaczynając od pozbycia się strzały. — To będzie bolało. Choć po części ci się należy. Ale po prostu to wytrzymaj, okej? Potem… potem będzie lepiej. Znam się na tym, przecież wiesz.
W całym tym zamieszaniu nie potrafiła mimo wszystko zignorować spojrzenia Floyda. Widziała bijące od niego ciepło i uczucia, których nie mogła w żaden sposób zignorować. Równocześnie nie mogła też zareagować na nie teraz, bo choć mieli sobie wiele do wyjaśnienia, to priorytetem był w tym momencie stan Lawtona. Dlatego też w końcu wyjęła wspomnianą strzałę, przytrzymując mężczyznę jedną ręką i zaraz, gdy tylko ten minimalnie się uspokoił po fali bólu, zajęła się raną.
--------------------
 
 
 
 Deadshot


Informacje
Imię i nazwisko: Floyd Lawton
Pseudonim: Deadshot
Miasto: Star City
Wiek: 40
Frakcja: Villians
Multikonta: Damian Wayne
Karta Postaci: Klik
Relacje: Klik
Wysłany: 2018-07-15, 04:04   

Pozwoliła mu się dotknąć. Może wydawało się to błahostką, ale dla Lawtona miało to ogromne znaczenie. Nie było źle, a przynajmniej nie tak bardzo, jak się tego obawiał. Oczywiście były to tylko jego gdybania, ale czy byłaby tu teraz, jeśli nie byłby dla niej istotny pod żadnym względem? Czy uderzyłaby go w twarz, a później pozwoliła się pogłaskać?
Miał okazję się o tym przekonać mówiąc jej o swoich przemyśleniach i uczuciach. Nawet spróbował, ale jego organizm postanowił odmówić mu posłuszeństwa. Ubytek krwi, wcale nie taka mała dawka obrażeń, a także nieoczekiwanie spotkanie kobiety, którą tak bardzo bał się teraz spotkać, chociaż jednocześnie było to tym, czego pragnął najbardziej. Jak widać jego organizm nie był niezniszczalny, chociaż w tym przypadku to nie on stanowił problem, a raczej nie był jedynym problemem.
Próbowała mu pomóc? Gdy upadał na podłogę obraz stał się mocno niewyraźny, więc początkowo uznał to za figiel zmęczonego umysłu. Jednakże, gdy znowu odzyskał ostrość widzenia ujrzał ją tuż przy sobie, co oznaczało, że naprawdę tak było. Jego sytuacja nie była najlepsza, ale na twarzy i tak pojawił się uśmiech. Całkowicie mimowolnie. Sporą zasługę miał w tym fakt, że w końcu się odezwała. Starała się zabrzmieć pewnie, ale doskonale wyczuł tę lekką niepewność. Martwiła się o niego. Nawet, jeśli miałby zaraz umrzeć nie miał nic przeciwko, no prawie nic. Nie mógł sobie pozwolić na urwanie w pół słowa. Niestety kolejna próba wyznania jej swoich odczuć zakończyła się niepowodzeniem. Wszystkiemu znowu była winna kobieta. Nie potrafił przestać jej słuchać. Po tych kilku miesiącach jej głos brzmiał jeszcze cudowniej niż kiedyś, a słowa, które wypowiadała jedynie poprawiały całą tę sytuację. Nie wiedział co prawda, czy mógł liczyć na coś więcej, ale nie był jej obojętny. Nie porzuciła myśli o nim. Jakimś sposobem go znalazła.
- Lis... - rzucił niepewnie, ale zaraz przerwał, krzywiąc się lekko z bólu. Rana ze sterczącą z niej strzałą bolała jeszcze bardziej od momentu, w którym zahaczył drzewcem o szafkę. Wtedy jednak kobieta do niego wróciła, a wszelkie niewygody znowu odeszły na bok. Sporą cześć zasług miało w tym zapewne również to, że przestawał kontaktować, ale nawet o tym nie myślał. Liczyła się tylko ona. Nie mógł się na nią napatrzeć. Zdawało mu się, jak gdyby nie widział jej od wielu lat.
Na informację o wyjmowaniu strzałą kiwną tylko niewyraźnie głową. Tak po prawdzie to nie zrozumiał w pełni o co chodzi aż do momentu, w którym poczuł cholerny ból, przez który z gardła wyrwał mu się głuchy jęk bólu. Nawet to miało jednak swoje plusy. Wyrwało go to ze stanu senności, która coraz bardziej go ogarniała.
- Nawet nie bolało, wiesz? Jestem... jestem twardszy, niż się wydaje. Za kilka dni nie będzie śladów po tym wszystkim. - rzucił po chwili z lekkim trudem, starając się ją nieco uspokoić. Może się mylił, co w obecnej sytuacji wcale nie było takie nieprawdopodobne, ale wydało mu się, że kobieta się bała. - Nie mogę umrzeć tak łatwo. Zoe by mnie zabiła, gdybym tak po prostu umarł. Zresztą. Zabije mnie tak czy siak, gdy jej powiem, że tyle lat to przed nią ukrywałem. Ja… nie chcę tego dłużej przed nią ukrywać. Ciebie. To moje dziecko. Zrozumie… jestem pewny. – wyrzucał z siebie nieco wolnym tempem, czasami zatrzymując się nad poszczególnymi słowami, jak gdyby nie był pewny ich znaczenia. Mimo wszystko nawet to stanowiło teraz dla niego wysiłek.
- Ciebie też nie mogę tak po prostu zostawić... nigdy więcej. - kontynuował po chwili, starając się pozostać w względnym bezruchu, gdy zajmowała się jego raną. Czasami musiał mocniej zacisnąć zęby, ale był twardy. Nie był to ani pierwszy, ani najgorszy uraz, jakiego doświadczył.
- Nie chciałem tego. To... to była Waller. Znowu mnie wciągnęła... w te jej gierki. Bałem się, że tym razem się dowie. Zrozumie, że... że kocham jeszcze jedną osobę oprócz mojej Zoe... że nie tylko dla niej zrobiłbym wszystko Nie chciałem zniknąć. Ja... naprawdę. - Te słowa wypowiedział już nieco bardziej przytomnym głosem, chociaż zdecydowanie wolniej. Bał się już wcześniej, a teraz nie było wcale lepiej. Zostało mu chyba już tylko czekać. Wizja tego, że kobieta go wyśmieje nagle boleśnie go zakuła, co odbiło się na jego twarzy, gdy rzucił jej nieco zalęknione spojrzenie. Bał się jej reakcji. Czuł się teraz, jakby cofnął się w czasie do dzieciństwa i patrzył z przerażeniem, jak ojciec znęca się nad jego matką. Co prawda wiele się pomiędzy nimi od tego momentu wydarzyło, ale wciąż pamiętał tamte czasy. Obiecał sobie, że już nigdy nie będzie czuł takiej bezradności, a jednak znowu tak się stało. Tym razem na jego własne życzenie. Wystawił się jej tak, że bardziej już nie mógł. Stwierdzenie, że Lisa Snart miała teraz w rękach jego los było całkowicie prawdziwe.
 
 
 Lisa Snart 
Good as gold


Informacje
Imię i nazwisko: Lisa Snart
Pseudonim: Golden Glider
Miasto: Central City
Wiek: 31
Frakcja: łotrzyki
Multikonta: Carol Ferris, Thea Queen, Mur, Huntress
Karta Postaci: Klik
Relacje: Klik
Wysłany: 2018-09-24, 23:29   

Próbowała skupić się na najważniejszym, czyli na doprowadzeniu Floyda do stanu, w którym nie będzie musiała się martwić o jego życie. Na szczęście dla nich oboje, niezależnie od targających nią emocji, potrafiła precyzyjnie i z chłodnym umysłem podejść do sprawy. Lata życia na marginesie społecznym robiły swoje i nawet gdy do głosu dochodziły trzymane zwykle w zamknięciu uczucia, Lisa potrafiła odpowiednio ustalać priorytety. Gdyby nie to, pewnie dawno już sama skończyłaby martwa.
Nie oznaczało to jednak, że była obojętna na to, co mówił mężczyzna. Nawet więcej – z każdą chwilą czuła, jak lata panowania nad sobą idą na marne. Mieszało się w niej teraz zbyt wiele myśli. Z jednej strony zwyczajnie martwiła się o życie Floyda – on się wykrwawiał na jej oczach, do jasnej cholery – zaś z drugiej musiała radzić sobie z emocjami, których do tej pory nie dopuszczała do głosu. Najchętniej jakoś by to podzieliła, wpierw zajęła się bardziej naglącymi sprawami, a potem dopiero swoim szalejącym sercem, dzięki temu zachowując chociaż minimum swojego profesjonalizmu, ale mężczyzna nie dał Lisie na to szansy. Czemu chociaż raz nie mógł jej posłuchać!
Z początku jedynie na nowo była na niego zła, gdy Floyd zaczął mówić tuż po tym, jak mu powiedziała, że powinien tego nie robić; miał w końcu odpoczywać, oszczędzać siły i pozwolić jej skupić się na jego obrażeniach. Nawet jeśli Lisa się o niego martwiła, nie potrzebowała teraz żadnych zapewnień ze strony mężczyzny. Na co dzień wierzyła bardziej w czyny niż w słowa, a co dopiero w momencie, gdy o swoich perspektywach na powrót do zdrowia mówi ktoś, kto nie jest już w stanie nawet ustać na nogach. Dlatego też przede wszystkim sama musiała się upewnić, że Floyd to przeżyje. Nim jednak kobieta zdążyła na nowo zwrócić mu uwagę, ten wspomniał o swojej córce i pociągnął temat w najmniej spodziewanym kierunku.
Chciał o niej powiedzieć córce.
Lisa miała świadomość, jak bardzo ważna jest dla Floyda Zoe. Dziewczynka była dla niego praktycznie całym życiem i mężczyzna zrobiłby wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Wiedziała też, że zawsze trzymał swoją małą z daleka od "pracy" i znajomości z przestępczego półświatka. Jeśli więc zamierzał jej wspomnieć o ich relacji, to… to traktował to bardzo poważnie. Nie mówiłby w końcu córce o jakiejś tam wspólniczce, tym bardziej o kochance, bo tak pewnie większość osób określiłaby ją w tej relacji, a jedynie o partnerce, którą uważałby za ważną część swojego życia. Świadomość tego na chwilę zamroczyła Lisę.
Floyd–… — wydukała przez zaciśnięte gardło, ale zaraz przerwała, nie bardzo wiedząc, co właściwie chce powiedzieć. Zdziwiła się brzmieniem własnego głosu – można było pomyśleć, że zbiera się jej na płacz. Gdy zwróciła na to uwagę, zaraz też okazało się, że oczy faktycznie ma załzawione. Nie płakała, przynajmniej na razie nie, jednak po raz pierwszy od dawna była tego bliska. To odkrycie zdziwiło ją i trochę otrzeźwiło. Zamrugała szybko kilkukrotnie, biorąc się w garść i po raz kolejny przypominając sobie, że jej priorytetem jest teraz poskładanie Floyda do kupy. Nie mogła sobie pozwolić na emocje w takim momencie. Na rozmowy będzie jeszcze czas.
...trudno jej jednak było wytrwać w tym postanowieniu, bo wyglądało na to, że mężczyzna wcale nie zamierzał słuchać się jej zaleceń.
Będąc jednak szczerym, nie do końca chciała, by przerywał. Jakaś jej część pragnęła słuchać go dalej, by móc utwierdzić się w przekonaniu, że mu na niej zależy. Potrzebowała tego po tych tygodniach ciszy, strachu i niepewności. Oczywiście pomogłaby mu i tak, nawet jeśli nic by nie mówił czy dałby do zrozumienia, że niekoniecznie mu zależy, jednak jego słowa po prostu… w jakiś sposób wynagradzały jej ostatni czas. Dawały sygnał, że było warto przez to przejść.
Będę… będę cię trzymać za słowo. — Uśmiechnęła się blado, patrząc wprost w jego twarz. — Jeśli znowu znikniesz, to cię znajdę i skopię ci tyłek. I ci już nie wybaczę. Mnie się nie zostawia. Pamiętaj o tym.
Zaraz po tych słowach skończyła zakładać mu opatrunki, dzięki czemu mogła się nieco uspokoić. Zbyt dużo emocji sprawiło, że była dziwnie roztrzęsiona, co nie było do niej podobne. Nieraz pomagała bratu, gdy ten zostawał ranny i rzadko kiedy tak reagowała, chyba że sytuacja była naprawdę poważna (co na szczęście prawie nigdy się nie zdarzało, bo Leo był naprawdę dobry w tym, co robił). Zwykle bez problemu zachowywała trzeźwość umysłu, a ukrywanie prawdziwych emocji było dla niej równie naturalne, co dla innych ich okazywanie. Teraz jednak na szczęście powoli zaczynała odzyskiwać swój pozorny spokój, nawet jeśli nadal nie pozbyła się wszystkich tych emocji, które kotłowały się w jej głowie.
Wciąż siedziała przy nim, obserwując, czy niczego nie pominęła, czy na pewno wszystko jest już pod kontrolą, a równocześnie słuchając uważnie każdego słowa mężczyzny. I okazało się, że to była jak najbardziej właściwa decyzja. Na słowa Floyda Lisę przeszedł dziwny dreszcz, a serce zabiło jej mocniej.
Kochał ją. Floyd naprawdę ją kochał.
Gdy ta relacja się zaczynała, nie spodziewała się, że kiedykolwiek przemieni się w coś takiego. Nawet gdy zaczęli się do siebie zbliżać, gdy miesiące zmieniły się w lata, Lisa nawet przez chwilę nie pomyślała, że skończy się to usłyszeniem tych słów. Co zabawne, gdyby to był ktokolwiek inny, kobieta już dawno by uciekła, obawiając się zobowiązań, lub spojrzałaby na niego litościwie, współczując otwartego serca. Ale to był Floyd. To był mężczyzna, którego sama odważyła się pokochać.
Choć wciąż nie wiedziała, czy to dobrze.
Przez krótka chwilę na twarzy Lisy widać było ogrom emocji, ale zaraz po prostu uśmiechnęła się ciepło i dotknęła delikatnie policzka Floyda, niezamierzenie brudząc policzek mężczyzny jego własną krwią. Nie umiała mu tak po prostu odpowiedzieć, nie wiedziała nawet, co powinna mówić. To była strefa życia, w której błądziła po omacku i wraz z Floydem uczyła się, jak powinna ona wyglądać. Zamiast więc używać zbędnych słów, po prostu się nad nim pochyliła, zaczesując włosy za ucho, i musnęła jego wargi swoimi. Delikatnie, czule, jakby chciała mu w ten sposób przekazać to, co czuje. Trwało to jednak krótką chwilę, po której zaraz się podniosła. Już wyraźnie odzyskała rezon. Uśmiech na jej ustach nabrał pewnej przekory, zaciętości, z oczu już dawno zniknęły ślady zbierających się łez, a policzki nabrały nieco czerwieni.
Następnym razem pamiętaj, głuptasie, że żyję w tym zawodzie dłużej niż ty. Dbanie o własną skórę to pierwsze, czego się nauczyłam. Myślisz, że inaczej dożyłabym dzisiejszego dnia? Nie musisz się o mnie martwić ani mnie chronić, potrafię sobie poradzić. Jeśli ktoś może bez strachu stać przy twoim boku… to tylko ja.
--------------------
 
 
 
 Deadshot


Informacje
Imię i nazwisko: Floyd Lawton
Pseudonim: Deadshot
Miasto: Star City
Wiek: 40
Frakcja: Villians
Multikonta: Damian Wayne
Karta Postaci: Klik
Relacje: Klik
Wysłany: 2018-12-02, 18:43   

Odkąd pojawił się w swojej kryjówce i spotkał Lisę upłynęło zasadniczo niewiele czasu, ale zdawało mu się, jakby minęło kilka dobrych dni, a może nawet godzin. Gdy tak leżał na podłodze i półprzytomny mówił jej to wszystko nie zastanawiał się, co tak właściwie robi. Dopiero po chwili zastanowił się, czy na pewno podjął słuszną decyzję. Nie było już jednak możliwości, aby się wycofać. Nie miał zamiaru jej okłamywać i pleść jakieś kłamstwa, jakoby tylko majaczył. Zależało mu na niej, od lat. Zawsze, przez bardzo długi czas całkowicie nieświadomie, bał się pójść o krok dalej, a teraz, cóż, zostawało mu czekać. Odpowiedź nie nadeszła jednak od razu, co wzmocniło jedynie jego niepokój, a w końcu strach. Rozumiał jednak, że najpierw woli go opatrzyć, a wtedy przejść dalej, o ile w ogóle będzie miała taki zamiar. Pocieszał go jednak fakt, że nie zdążyła go wyśmiać przy mówieniu o córce, czy całej reszcie. Kto wie, może sytuacja nie zapowiadała się aż tak źle?
Zdawało mu się, że w międzyczasie dostrzegł, że ma dziwne spojrzenie, jak gdyby miała się rozpłakać, ale szybko porzucił tę myśl, zrzucając to na swój aktualny stan. Zdecydowanie powinien był spróbować zająć się swoimi obrażeniami gdzieś po drodze tutaj, włamując się do pierwszej lepszej apteki. Na szczęście jednak czuł nad nim jego anioł stróż, Lisa Snart. Tak bardzo chciał ją objąć, przytulić, czy nawet pocałować, ale nie potrafił. Brak odpowiedzi na jego zdecydowanie nieplanowane wyznania dosłownie go paraliżował. Był zdolny jedynie do biernego leżenia i obserwowania jej w pracy.
Wtedy w końcu się odezwała, a on sam mimowolnie lekko się napiął, patrząc na nią nerwowym spojrzeniem. Jej uśmiech sprawił, że na chwilę oderwał się od wszystkiego innego, ciesząc się za tym widokiem, którego tak dawno nie widział, ale zaraz otrzeźwiał i wrócił na ziemię, ponownie słysząc jej głos, który finalnie wywołał na jego twarzy lekki uśmiech, który zastąpił zaraz grymas bólu, gdyż nieopatrzenie poruszył zranioną ręką. Nie był pewien znaczenia jej słów, ale stwierdzenie, że jeśli znowu ją zostawi to znajdzie go i załatwi... czyżby naprawdę chciała dać mu jeszcze jedną szansę? Znaczyło to jednak znacznie więcej, gdyż równałoby się to jednocześnie z zaakceptowaniem jego słów względem córki, względem wszystkiego.
Bo w końcu powiedział te, dość znamienne, słowa, które sprawiły, że wszystko mogło się posypać. To, że mu na niej zależało, czy to, że chciał ją przedstawić Zoe znaczyło wiele, ale teraz ostatecznie to przypieczętował.
Jej reakcja przeszła jego wszelkie oczekiwania.
Uśmiech, ciepły uśmiech, uśmiech pełen niewypowiedzianych uczuć i emocji.
Czuł, że zapamięta tę chwilę już na zawsze. Nowe światło w porzuconym już tunelu, jakim było jego życie. Lisa Snart... Nigdy nie podejrzewał, że mógłby pojawić się ktokolwiek, kto zmieniłby jego podejście do życia. Od wielu lat czekał na śmierć, która nie potrafił po niego przyjść. Najpierw działał sam, później wmieszała się we wszystko Waller. Zawsze go to irytowało. Nie mógłby zabić samego siebie, gdyż konsekwencje tego odczułaby Zoe, ale gdyby umarł w walce... Wykonał dla niej tyle zadań, które wręcz prosiły się o jego zgon, ale przeżył. Teraz wiedział już, że było to coś warte. Dzięki temu, że przetrwał mógł teraz leżeć na ziemi w plamie swojej krwi, a nad sobą miał najcudowniejszą istotę na ziemi, co do tego nie było wątpliwości. Wiedział też, że już nigdy nie chce jej stracić.
Ów lekki pocałunek wybił go całkowicie ze świadomości, jak gdyby oberwał silnym ciosem w głowę. Zaraz jednak, tak jak wcześniej, jej słowa na nowo ściągnęły go na ziemię.
"Jeśli ktoś może bez strachu stać przy twoim boku… to tylko ja" - powtórzył cicho w myślach, a następnie posłał jej lekki uśmiech, który zamienił się w grymas bólu, gdy spróbował zmienić swoją pozycję na siedzącą, ale nie poddał się mu i powoli, z użyciem względnie całej ręki w końcu usiadł na tyłku, całkowicie skupiając na niej swoją uwagę.
- Dziękuję za opatrzenie ran, Lis. Ja... - tutaj przerwał, próbując ubrać myśli w słowa, ale finalnie poddał się odruchowi, który kusił go już zbyt długo. Niepewnie przestał używać ręki jako oparcia, a następnie przesunął dłoń na jej twarz i przesunął palcami po jej policzku, brudząc go mimowolnie śladami własnej krwi. Nie przejął się tym jednak zbytnio, zbyt mocno skupiony na utrzymaniu pozycji siedzącej, ale przede wszystkim na dalszych działaniach.
- Chciałbym, żebyś stała u mojego boku, już zawsze. Jako partnerka i... moja ukochana. - Po tych słowach, patrząc jej wciąż w oczy tym zagubionym, ale tak bardzo przepełnionym szczęściem wzrokiem nachylił się i pocałował ją lekko w usta, zatrzymując się tam na chwilę.
- Może nie dzisiaj, może nie jutro, czy nawet za rok, ale... chciałabyś kiedyś nosić moje nazwisko? - rzucił w końcu, po dłuższej chwili ciszy z jego strony, patrząc jej uważnie w oczy. Tym razem jednak już się nie bał.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu  
Zasady Postowania Opcje
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

 
Jumpbox
Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Theme Abreo_LoteQ Created by Phantom © 2008-2009


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 10